Opowieści Inferno (5)

OPOWIEŚCI  XXXVIII - XLI

   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
 
                                                                                   luty 2011

* * * * *


Koniec grudnia 2010 był mroźny. Śnieg spadł cichutko, nocą, i pokrył lasy, łąki, a nawet skute lodem rzeki.
Bug zmienił się w wąski, ale bardzo niebezpieczny potok, który powoli, jakby od niechcenia podtapiał zalesione brzegi.
Koryto rzeki zrównało się z jej brzegami niewidocznymi pod grubą warstwą śniegu.
 

Było cicho, bezwietrznie. Od kilku dni trzymał duży mróz. Wymarzona pogoda na długie spacery, no może niezbyt długie...

Verveine'a uwielbia zimę. Śnieg to jej żywioł.  Ma niespożytą energię, którą zamienia na slalom gigant pomiędzy choinkami;
 

   

tropienie świeżych śladów zwierzyny;
 
   
   
skoki przez zaspy, co niezmiennie wprawia w osłupienie babcię Tamii;

oraz zabawę z Panią, która kończy się zwykle zjedzeniem czegoś smacznego, co Pani ma zawsze w kieszeni. Wiedzą o tym dobrze Tamii i Demonia.
 
   
   
Pora wracać. Wielka szkoda! Zabawa trwa do końca spaceru.
Verveine'a  ma jeszcze siłę, żeby podokuczać mamie Demonii!

 

 


grudzień 2010


* * * * *

            Babci Zosi,
                                                              która otworzyła przede mną świat książek

 

         Bardzo dawno temu, kiedy spadł pierwszy śnieg, pewna sześcioletnia dziewczynka dostała od babci książeczkę o małym zajączku, który obudził się rano i zobaczył jak „z nieba spada, leci coś białego”. Zajączek był sam i bardzo się przestraszył. Wyskoczył z norki przerażony i zaczął szukać mamy.
 

            Książeczka składała się z sześciu, a może ośmiu twardych stronic w postaci pięknych ilustracji przedstawiających las zimą, ale, przede wszystkim, na pierwszej stronie, babcia napisała dla wnuczki dedykację: „Agniesiu, zawsze będę przy tobie…”

 

Jeszcze niedawno wpadła mi w ręce, gdzie ja ją odłożyłam…? Była to jedyna książka jaką otrzymałam od babci, więcej nie zdążyła mi już podarować. W tamte święta, przy wigilijnym stole zabrakło jednej osoby.

 

Do dziś pamiętam zakończenie tej bajeczki – uspakajające słowa mamy skierowane do małego zajączka: „Synku, rzekła mama zajęczyca, to nie żadna tajemnica, to jest pierwszy śnieg!”

 

   

Czy tego grudniowego, świątecznego poranka, mama Demonia w podobny sposób zdążyła wyjawić zimową tajemnicę Verveinie  zaskoczonej lecącym z nieba białym puchem, który w dodatku nocą, zdradliwie i  po cichutku, przykrył cały świat?
 

         
 A może poprzedniego wieczora, babcia Tamii, przeczuwając nadejście śnieżycy, opowiedziała Czarnej Ninji bajkę o Królowej Śniegu przygotowując wnusię na nagłą zmianę pogody?

 

   

                „Wszystko najlepiej jest sprawdzić organoleptycznie” – pomyślała zapewne Verveine’a wskakując w największą śnieżną zaspę w ogrodzie.

   

„Gdzie nie postawisz łapę – miękko, ale zimno! Gdzie nie wsadzisz nos, czego nie dotkniesz językiem – jeszcze zimniej! Patyk, ten, co go wieczorem zostawiłam przed domem, też jest oblepiony czymś białym i zimny -  zupełnie nie ten sam smak! " - myślała dalej zaciekawiona badaczka nowego dla niej zjawiska atmosferycznego.
 

   

"Mokre białe gwiazdki siadają mi na nosie i łaskoczą. To pewnie jest ta zima, o której opowiadała mi wczoraj wieczorem babcia! "
 

   

"Acha - Verveina rozejrzała się uważnie dookoła - a gdzie one się podziały, mama z babcią? Zaraz je znajdę! Muszą się ze mną pobawić!”
 

   
   
 

    Po tak wyczerpującej zabawie w ogrodzie, przyszła wreszcie pora na odpoczynek. Oczywiście, niezmordowana Czarna Ninja  ani myślała zasnąć - jej główka była pełna nowych wrażeń: "Zima..., śnieg... muszę to wszystko jeszcze dokładnie przemyśleć!"

 

grudzień 2009

* * * * *

 

      W Nowy Rok, Verveina wstała rano jak zwykle pełna energii, wyjrzała przez okno: wszędzie biało, cicho, nikt nie przechodzi przed bramą. Najbliższe otoczenie domu zapadło w sen zimowy, otulone śnieżną pierzynką. Z nieba leciały delikatne, malutkie, bielutkie płatki. Niektóre delikatnie opadały na ziemię, inne przycupnęły na bezlistnych gałęziach drzew jakby zaraz miały odlecieć..., ale nie odlatywały, zostawały wtulone w korę wiekowej lipy. Dookoła tylko biel, cisza i senność zimowego poranka.
 

      

           Tamii i Demonia drzemały ułożone wygodnie na kanapie z nosami wtulonymi w poduszki i nawet nie myślały otwierać oczu. Czarna Ninja miała jednak zupełnie inne plany na ten dzień: tak bardzo chciała wyjść za bramę i zobaczyć czy znane jej z letnich i jesiennych spacerów miejsca - drogi, łąka i las - też pokryte są tym czymś białym, miękkim i zimnym. A rzeka? Jak wygląda rzeka zimą? Jak pachnie zima? Gdzie ukryły się wiewiórki? Dlaczego bociany nie latają nad głową? Na te i wiele innych pytań, ciekawa świata Verveina musiała koniecznie znaleźć odpowiedź za bramą ogrodu. Tak długo skakała wokół mnie i popiskiwała zniecierpliwiona, że nic nie rozumiem (a ona przecież wyraźnie przekazuje, że musimy wyjść i to szybko!) aż ubrałam się, wzięłam smycze, aparat fotograficzny i wyszłyśmy. Zapowiadał się długi spacer.

      Droga wybrana przez Verveinę prowadziła do lasu. Śnieg padał. Było cicho i nadzwyczaj spokojnie. Nie było słychać żadnych odgłosów świadczących o obecności ludzi bądź zwierząt. Nawet wiejskie psy nie szczekały.

      Czarna Ninja podwoiła czujność. jej krok stał się sprężysty. Uważnie obserwowała otaczający ją świat, nasłuchiwała, węszyła i rozglądała się dookoła. Nie czuła strachu, ani niepokoju. Była wyraźnie zainteresowana. Nie po raz pierwszy odniosłam wrażenie, że mała dorasta i zmienia swoje zachowanie: zaczyna czuć się dorosła i odpowiedzialna za stado, do którego należy. Do swoich obowiązków najwyraźniej zaliczyła obserwację i informowanie Pani - przewodnika stada - o zmieniającej się sytuacji.

   

   
      Verveina od pierwszych dni świadomego życia szczeniaka była bardzo czujna i spostrzegawcza. Tę cechę odziedziczyła po mamie Demonii. Teraz mama może polegać na swojej córce i spać spokojnie oddawszy jej część swoich obowiązków. Verveina śpi czujnie w dzień i w nocy. To ona pierwsza zawiadamia mnie cichym powarkiwaniem, albo głośnym szczekaniem, a czasami tylko mruknięciem i charakterystycznym spojrzeniem w oczy o ... Zależnie od nadanego przez nią sygnału, następna reaguje Demonia, do której dołącza się ciocia Urania. Tamii, seniorka rodu, wkracza do akcji ostatnia, ale zawsze szybko, sprawnie i po cichu (mimo swoich 9 lat!) znajduje się tuż obok wnuczki, którą jeszcze trzeba wiele nauczyć, a czasami może nawet pomóc. Wszystkie cztery jednak milkną i uspakajają się na moje polecenie, dumne z wykonanego obowiązku. Mając Tamii, Uranię, Demonię i Verveinę (wymieniam według wieku) zawsze, w każdej sytuacji, w mieście, na wsi, w środku lasu, czuję się bezpieczna!
 

      Wróćmy do zaczarowanego przez zimę lasu.

     Już na skraju lasu, Czarna Ninja wciągnęła głęboko powietrze w nozdrza, niziutko, tuż nad ziemią - zwietrzyła zapach jakiegoś zwierzęcia i zaczęła iść jego tropem. Prawdopodobnie nocą dziki podeszły pod pierwsze ogrodzenia wsi w poszukiwaniu pożywienia. Pamiętam dobrze, że jesienią w tym właśnie miejscu, poszycie leśne było zryte.

     Odwołałam  Verveinę w obawie przed jej dociekliwością i ruszyłyśmy dalej w las nieco zwiększając tempo marszu.

      Szłyśmy rowerową ścieżką. Każda droga i dróżka w lesie ma swoją nazwę nadaną przez kogoś z domowników i używaną w mojej rodzinie od niepamiętnych czasów.  Mamy rozpracowany cały las, swoisty rodzinny szyfr dostępny tylko dla wybranych. Zdradzę wam, że  "rowerowa ścieżka"  to trasa moich rowerowych wycieczek z czasów dzieciństwa, na które dostawałam pozwolenie od rodziców  - nie za blisko domu, żebym czuła się samodzielna, ale i nie za daleko, żebym bezpiecznie wróciła. 

      Szłyśmy więc rowerową ścieżką i za kolejnym zakrętem, pod starym dębem, zapach dzików stał się wyraźniejszy, przyciągnął uwagę wszystkich trzech bokserek, które z nosami w śniegu zataczały koła wokół drzewa.

   

      Ścieżka zmieniła się w drogę i zaprowadziła nas na ulubioną górkę - górkę psich skoków. Pierwsza wbiegła na nią Verveina, rozejrzała się dookoła, a następnie, tak dla pewności, sprawdziła, czy mama z babcią są już blisko. Demonia i Tamii właśnie weszły na górkę.
 

      

   

      Pora na skoki! Pierwsza ruszyła Czarna Ninja - w końcu skoki to jej specjalność! Odkąd opanowała sztukę chodzenia i biegania, codziennie rano powtarzam Małej Czarownicy: "Pamiętaj, nie masz skrzydeł!" Mam jednak niejasne przeczucie, że nie mam racji.

   

   


Babcia Tamii też pokazała wnuczce na co ją stać!
 


Zaraz po pokonaniu górki psich skoków nastąpiły szalone gonitwy, podskoki oraz skoki przez naturalne przeszkody, których mistrzyniami są Demonia i Verveina.

 

Spacer był wyczerpujący (dla mnie) i pełen wrażeń (dla dziewczynek, a zwłaszcza dla Verveiny).

Przyjemnie jest wrócić do domu i ogrzać się przy piecu!

 

A śnieg padał, padał, padał....

 

styczeń 2010

          

* * * * *


                                                                                                                                                               fragmenty tekstu Jeremiego Przybory

 

   Na całej połaci - śnieg.
 
          


 

W przeróżnej postaci - śnieg.
 

 

               Na w sinej mgle dale - śnieg.

Na żale, że wcale i - na tak dalej - tak dalej
Tak dalej - tak dalej

 

Tak dalej - tak dalej - śnieg
śnieg
śnieg
śnieg
 

 



 

 

Zimę fotografowała autorka strony.
                                                                                                         grudzień 2009 - styczeń 2010

 

Wstecz W górę Dalej