Opowieści Inferno (1)

        Uwielbiam przyglądać się moi psom. Jest to niewątpliwie jeden z objawów mocno zaawansowanej boksowirozy, choroby nieuleczalnej. Zarażeni tą chorobą to przesympatyczni, uśmiechnięci, radośni i życzliwi ludzie dzielący psy na "psy" i "boksery". Uważaj, to choroba zakaźna roznoszona drogą kontaktów międzyludzkich!
    Patrząc na ich zabawy, spory, szalone pomysły, gonitwy odpoczywam. Najbardziej lubię letnie poranki na działce: jest 6 rano, cisza, ptaszki śpiewają i... moje dziewczynki rozpoczynają dzień witając słoneczko radosną gonitwą między iglakami (niestety kwiaty na działce bokserów to nienajlepszy pomysł), podskokami, wzajemnym zapraszaniem się do zabawy. A buźki im się śmieją, oczy błyszczą, ogonki kiwają... sama radość!
 

TAMII Eskurial

DEMONIA Inferno

URANIA des Jardins de passiflore

wszystkie w wieku 6-10 tygodni

        Pomyślałam sobie, że spróbuję opowiedzieć Ci, opisać słowami (co nie będzie łatwe) tę radość życia, zawadiactwo, mądrość, łobuziakowatość, a jednocześnie poczucie bezpieczeństwa i ogromne uczucie jakie wnosi bokser do każdego domu.
Przeczytaj, oto OPOWIEŚCI   I - XVI


               OPOWIEŚĆ I -
Co jest lepsze od jednego boksera...?
 

                                                            

        TAMII Eskurial... żółta bokserka, założycielka hodowli, wspaniała, ...jak trudno mi dobrać słowa, wszystkie przymiotniki brzmią banalnie, stereotypowo i nie oddają w pełni zalet charakteru Tamisi, która jest po prostu wyjątkowa. Stwierdzają to wszyscy, którzy ją znają.
    Najprzyjemniejsze są nasze rozmowy: mówię do niej, a ona odpowiada mi wyrazem oczu, ruchem uszu, charakterystycznym przekrzywieniem głowy, skrętem tułowia. Doskonale wie, czego od niej oczekuję jeszcze zanim to wypowiem. Często uprzedza polecenia, reaguje na mój wzrok. Tamisi nie wydaję komend, ja do niej mówię, a ona je wykonuje bezbłędnie patrząc mi w oczy pytająco "Co jeszcze mogę dla ciebie zrobić?". Od czasu do czasu podejmuje dyskusję, podnosi głos (szczeka), ale zawsze w przypadkach uzasadnionych: natychmiastowe wyjście na spacer, brak wody w misce, zaproszenie do zabawy. Tamii nigdy nie kwestionowała moich poleceń w czasie szkoleń, dlatego zdała PT i IPO 1 z wyróżnieniem. Ona po prostu wie jak zachować się w każdej sytuacji. Ma to we krwi i próbuje przekazać to swojej córce, ale......
    Tamisia jest zrównoważona, rozsądna, a jednocześnie rozbrykana jak szczeniak. Rozróżnia zabawy domowe i spacerowe. Zawsze czuwa nad bezpieczeństwem domowego stada i wie, że nawet w zabawie pewnych granic się nie przekracza, nie wszystko jest dozwolone: nie wolno atakować ze złością, ano mocno gryźć; nie należy atakować PANI; inaczej bawimy się z dorosłym synem PANI, a inaczej z młodszym. Wszystkie te zasady Tamii ma zakodowane i próbuje wpoić je Demonii i Uranii: jeżeli one się nie chcą podporządkować, zostają natychmiast ostro i zdecydowanie upomniane i przywołane do porządku.
    Z Tamii mam pełny kontakt w każdej sytuacji. Zawsze pokaże, co chce, gdzie ją boli, dlaczego jej smutno.
Tamtego dnia, 3 lata temu, weszłam do domu po pracy i zdziwiło mnie, że Tamisia nie wita mnie przy drzwiach jak zwykle podając mi jasiek. Zajrzałam do pokoju: leżała na posłaniu z wyrazem ogromnego smutku w oczach: "Ratuj mnie, boli!". Podeszłam do niej, Tamii odwróciła głowę pokazując mi tylne łapy: nie mogła wstać. Przeraziłam się, paraliż u młodego psa ? Tamii nie miała dwóch lat. Na szczęście okazało się, że to porażenie nerwu, niegroźne, ale bardzo bolesne. Po serii zastrzyków i masaży rozgrzewających, Tamisia szybko wróciła do zdrowia, a dobra forma nie opuszcza jej do dziś.

                                           


        Jej nieodrodna córka, choć ciemno pręgowana, DEMONIA Inferno, odziedziczyła wiele cech po mamie, a przede wszystkim, jej mądre, pełne wyrazu oczy. Wybierając dla niej imię, nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo będzie pasowało do jej charakteru!
Demi ma wiele "imion", zależnie od sytuacji:
- na spacerze, to POFIŚCIEL biegający z prędkością wiatru;
- w zabawie ŻMIJA atakująca pewnie, szybko, niespodziewanie;
- jak wykrzywi się szpetnie przygryzając fafel, jest TOFIKIEM sympatycznym wampirkiem ze skeczu kabaretu "Ani mru mru";
- jako osesek, otrzymała ksywę RYCZĄCA CZTERDZIESTKA, ponieważ ryczała wniebogłosy na zapas, zanim jeszcze coś się wydarzyło. Wszystkie maluchy znosiły dzielnie zastrzyki, tylko Demisia podnosiła lament jeszcze przed ukłuciem. Na nasze szczęście wyrosła z tego!

         
    Demonia jest ciągle (dziś ma 18 miesięcy) cudownie rozbrykanym szczeniakiem przywoływanym do porządku przez mamę Tamii i ciocię Uranię. Mama wiele razy powtarza córeczce: "Nie tak cię wychowywałam!", albo: "Trochę szacunku dla starszych!", albo jeszcze: "Dzieciaku, przecież masz już PT! Porządny bokser tak się nie zachowuje!" Niestety, do wychowania malucha przyłożyła też łapę ciotka Urania, która od początku orientowała się, że z 7 niemożliwych dzieciaków właśnie Demi zostanie z nami i to jej wychowaniem należy się zająć. Jako przewodniczka stada, przekazała małej wiele wzorców zachowań niewątpliwie potrzebnych w życiu każdego boksera: weźmy na przykład takie ostrzegawcze warczenie à la owczarek niemiecki ( z podnoszeniem fafli i pokazywaniem zębów) przed zamierzonym atakiem, wystraszy skutecznie każdego wroga; a bezwarunkowa obrona tego, co moje, czyż nie jest potrzebna na co dzień? Pojętne maleństwo szybko wykorzystało nauki cioci odbierając labradorce znalezioną w trawie cebulę i dzielnie broniąc swojej zdobyczy dotąd, aż tamta nie zrezygnowała. Niekiedy zdarza się, że uczeń przerósł mistrza: sama Urania jest zdziwiona, stoi nieruchomo osłupiała z szeroko otwartymi oczami po nieoczekiwanym ataku niezadowolonej w tym momencie z życia Demonii. Demi jest jedynym psem, który bezkarnie może narazić się Uranii, a nawet położyć jej łapę na karku. Innym psom tego nie radzę!
    Tamii nie warczy nigdy. Jest bardzo spokojna, cierpliwa nawet dla obcych psów i tylko my wiemy, kiedy ta cierpliwość się kończy. Atak jest zawsze szybki, celny i niespodziewany dla przeciwnika. Sygnały Tamii są dla nas bardzo wyraźne: wtedy natychmiast przerywamy zabawę i wszystko kończy się dobrze.
        Demonia szybko się uczy i sprawia jej to przyjemność. Jest pojętna i bardzo lubi być w centrum zainteresowania. Prawdziwa showgirl. Dlatego bardzo lubi wystawy i wcale się nie stresuje w przeciwieństwie do Tamii, która nie przepada za ringiem.

                                                               

        Oczywiście, jako ulubienica wszystkich, dziecko z naszej hodowli, wykarmione smoczkiem, Demisia jest rozpieszczona do granic możliwości. Wiele jej wolno, a czasami aż za wiele (przyznaję bijąc się w piersi). Bezceremonialnie wtyka nos do kubka PANI sprawdzając, co jest w środku; ćwiczy chwyty obrony na flanelowej koszuli ubranego w nią PANA i to w najmniej spodziewanym momencie, np.: kiedy PAN jest zajęty ścieleniem kanapy. Stało się to porannym rytuałem: na szczęk otwieranej kanapy, Demi zrywa się i z rozpędu atakuje rękaw.
        Demonia to żywioł, wulkan energii, którą należy przetworzyć na pracę lub zabawę w czasie codziennych długich spacerów nawet przy trzaskającym mrozie (dziś -17 stopni C). Jest zawsze radosna, uśmiechnięta. Wystarczy się do niej odezwać, a już ogonek się kiwa, choć oczki jeszcze śpią.                                                               



Demonia








Urania

                      
        Przewodniczką stada bokserów jest niewątpliwie URANIA des Jardins de passiflore, przybysz z Francji o dość trudnym charakterze. Czujna, bojowa, ma silnie rozwinięty instynkt obronny. Wychodząc z nią wieczorami czuję się pewnie i bezpiecznie: zawsze zauważy obcego i poinformuje mnie o tym cichym pomrukiem i napięciem mięśni. Jednocześnie jest niezależna, trudno podporządkowująca się, toleruje w zasadzie jednego przewodnika - mnie. Jest zaborcza: nie dzieli się zabawkami, nie lubi dzielić się miłością PANI. Ze swojej strony, jej oddanie jest bezwarunkowe. Najlepiej czuje się blisko mnie, a szczególnie na moich kolanach... Wszystkie trzy, niezależnie od wieku, rozmiarów i wagi, doskonale opanowały sztukę wchodzenia na kolana do PANI i pozostawania tam jak długo się da. Są tylko dwa mankamenty: po pierwsze, krzesło jest za wąskie i przy komputerze się nie da..., po drugie we trzy na raz się nie da, z czego są mocno niezadowolone!
    Urania łatwo się uczy, ale nie zawsze chce wykonać polecenie, co niestety utrudnia bardzo jej szkolenie. Uwielbia ćwiczenia na śladzie i obronę. Najmniej lubi posłuszeństwo. Cierpi wtedy na "niedosłuch wybiórczy": niektóre komendy wykonuje wzorcowo, a innych nie dosłyszy.
    Nie toleruje krzyku, jak każdy prawdziwy bokser. Jeżeli, wyprowadzona z równowagi jej samowolą, podniosę głos, Urania kuli się, zamyka się w sobie przestając reagować na wszystko, co do niej mówię. A w dodatku wygląda jak bity regularnie pies. Pracując z Uranią (z Demonią też, tylko Tamii jest wyrozumiała dla mnie) muszę bardzo kontrolować ton głosu.


    Teraz Urania spodziewa się potomstwa. Zmieniła się bardzo, spoważniała. Chodzi godnie i ostrożnie, rzadko bierze udział w psich figlach Tamisi i Demosi, a raczej patrzy na nie pobłażliwie z wysokości fotela. Czekamy wszyscy niecierpliwie na jej dzieci.

                                              

        Urania, Tamii i Demonia tworzą zgrany zespół. Wystarczy, że skarcę jedną, a już pozostałe pojawiają się obok nas chcąc rozładować napiętą atmosferę.
Pewnego dnia, Demonia naraziła się Uranii i ciotka przyłożyła jej porządnego klapsa. Mała rozpłakała się tak, jak tylko ona to potrafi. Wpadłam do kuchni, zaniepokojona i zobaczyłam scenkę jedyną w swoim rodzaju: Urania pocieszała zaryczaną Demosię liżąc ją po buzi, po uszkach i oczkach: "Nie rycz już! Przecież tak cię nie bolało!". Mała niepewnie merdała ogonkiem: "Nie przyłożysz mi... na pewno...?" a w oczach właśnie pojawiały się zbójeckie ogniki...
        Podobnie reagują również wtedy, kiedy złoszczę się na synów. Wszystkie trzy pojawiają się jak spod ziemi i próbują odgrodzić mnie od winowajcy. Tamisia- siła spokoju - siada i zasłania sobą obiekt mojego ataku, patrzy mi prosto w oczy "Uspokój się, a więcej wskórasz!"; Demi kręci się, merda ogonkiem, uśmiecha się niepewnie, poszturchuje mnie łapami; Urania z niepokojem w oczach śledzi każdy mój ruch, przestępuje z łapy na łapę niecierpliwie, czujna, napięta:  "Skończ już wreszcie te krzyki!", czeka aż się uspokoję.
        To niekończąca się opowieść...

                                                                                        
 

        Po głębszym namyśle stwierdzam autorytatywnie, na podstawie autopsji: bokser to pies obronny, pracujący, towarzyszący, rodzinny i ... pies "na kolanka"! Czy można chcieć więcej?!

        Już wiesz, co jest lepsze od jednego boksera...? Dwa boksery! A co jest lepsze od dwóch bokserów...? Oczywiście, trzy boksery!

 

 

 

 

OPOWIEŚĆ II - Śniegowe harce

        Nadeszła zima 2006. Prawdziwa zima, taka ze śniegiem i mrozem. Moje boksery lubią zimę bardziej niż letnie upały. Zawsze jak jestem w domu wiedzą, że nie ominie ich długi spacer. Tak było i tym razem. Wyruszyliśmy do lasu z całą trójką. Nawet Urania, przyszła mama, nie odmówiła sobie tej przyjemności. Zresztą żaden spacer nie może odbyć się bez przewodniczki stada! Las wyglądał pięknie: bajkowo i tajemniczo zarazem. Wokół panowała niczym nie zmącona cisza, z oddali dobiegało stukanie dzięcioła, co zdwajało czujność naszych dziewczynek.

 

  
          Weszliśmy w głąb lasu tą drugą drogą. Tamii, Urania i Demonia złapały górny wiatr, czujnie rozejrzały się dookoła czy nie grozi nam jakieś niebezpieczeństwo... Zwiedziona ich postawą, sama zastanowiłam się czy nie spotkamy jakiegoś dzikiego zwierza.

 


          Nie stwierdzając jednak żadnego czającego się niebezpieczeństwa, dziewczynki ruszyły śmiało przed siebie, zawsze w tej samej kolejności: najpierw Tamii - wybiega daleko i sprawdzając teren zatacza duże koła; za nią ruszyła galopem Demi, która chce być wszędzie jednocześnie; na końcu, spokojnie i z godnością, czujna Urania, która nie odchodzi ode mnie, ciągle odwraca głowę patrząc mi w oczy i pytając "Wszystko w porządku?" Po moim przyzwoleniu, odbiega, ale zawsze wraca pierwsza.
 


          Tamii i jej córeczka, Demonia, rozbrykały się na dobre. Zaczęły się podskoki,
 


  a potem.....  atakowanie cioci Uranii. Dlaczego ona nie chce się bawić...?
 

   

    
           W końcu, Demisia znalazła patyczek! To jej ulubiona zabawa (oprócz gryzienia cioci Uranii!): łapie patyk, a potem paraduje dumnie przed mamą i ciocią prowokując je do gonitwy. Muszę bardzo uważać, bo ta zabawa może szybko zmienić się w groźną sprzeczkę.
          Spacer powoli dobiega końca, dziewczynki wracają do mnie uśmiechnięte.
 


     Jeszcze tylko wspólne zdjęcie na zakończenie spaceru, co nie jest takie proste, nawet po "wybieganiu" dziewczynek. Świat jest tak ciekawy, tak tajemniczy, ale przecież tak niebezpieczny... dla pani.
 

/fotografował mój mąż, Andrzej/

 

OPOWIEŚĆ III- O Demi, o małej Ali i o tym, co było dalej...

Opowieść tę dedykuję trzyletniej Ali i jej rodzicom, Ani i Jackowi.

Chcecie wierzcie, lub nie wierzcie,
mieszka sobie w małym mieście,
trzyletnia dziewczynka Ala,
 którą Demi dziś poznała.

Demi, półdiablę weneckie,
        nie miała kontaktu z dzieckiem!

 

 

Ludzie mamę ostrzegali, by pilnować małej Ali:
"Bokser przecież nie odpuści, ściśnie szczęki i nie puści...!,
Ma szczękościsk ta potwora!,
To rasa dla amatora!,
Krzywdę może zrobić też, bo to potwór jest, nie pies!".

I choć ludzie tak gadali, zobaczcie, co było dalej...
 


Chcecie wierzcie, lub nie wierzcie, ale Ala w małym mieście wcale Demi się nie bała
 

                                 tylko ślicznie ją czesała


i zabawki oddawała
 

trochę się też poszarpała...
 


Ala, to dziewczynka miła, potem Demi nakarmiła
 


 
Ali tata, też, o zgrozo!,
zaraził się boksowirozą!

Ali mama, dla odmiany,
wie, że bokser jest kochany,
i że nigdzie w całym świecie
lepszej niani nie znajdziecie!
Chcecie wierzcie, lub nie wierzcie,
czeka Ala w małym mieście
na półdiablę to weneckie,
co umie się bawić z dzieckiem!

/fotografowali: mój mąż, Andrzej i mama Ali, Ania/

 


OPOWIEŚĆ IV - PSIA KREW
 

        Było ich siedem: trzy pręgowane i cztery żółte; trzy dziewczynki i czterech chłopców.
Urodziły się w klinice weterynaryjnej przez cesarskie cięcie i wróciły do domu jeszcze przed mamą Tamii. Pierwsze karmienie więc spadło na nas – ludzi.
I to pewnie dlatego nasz zapach pozostanie w ich podświadomości do końca życia. zawsze, nawet po wielu latach, będą nas witać tak jak się wita kogoś bliskiego, wracającego w rodzinne strony po długiej nieobecności.

 

Malutki, pręgowany Demon był nieśmiały, starał się ustępować z drogi buńczucznemu rodzeństwu, żeby nie narazić się na kuksańca. Trudno mu było dopchać się do cycka mamy dlatego zawsze pilnowaliśmy, żeby się najadł do syta.

 

   

Dragon – wojowniczy, władczy, nieustępliwy dumnie prężył pierś i łapy patrząc na resztę towarzystwa z góry wzrokiem nie znoszącym sprzeciwu;

 

   

Discordia – zaczepialska, pierwsza do bójek, zabawek, niespokojny duch o przesympatycznej niesymetrycznie znaczonej na biało mordce.

 

   

Delta – zwinna jak kot, wszędobylska, ciekawa świata, zawsze pierwsza opuszczała kojec gramoląc się górą i zawsze spadała na cztery łapy! Po wygramoleniu się z kojca, siadała przed zamkniętymi drzwiami psiego królestwa i donośnym głosem oznajmiała „Wyszłam, czekam tu, proszę nie ograniczać mi wolności, mam do niej prawo!” Brak reakcji z naszej strony powodował przeróżne konsekwencje, jak na przykład wyciągnięcie z najniższej półki jednego z moich podręczników do nauki francuskiego i , z nieocenioną pomocą rodzeństwa, podarcie go na strzępy. Tylko okładki okazały się za twarde na mleczaki bokserzątek. Odziedziczyła po mamie Tamii mądre spojrzenie i powitalny skręt tułowia. Delta ze zwinnością rysia wdrapywała się po szczebelkach kojca na przylegającą do niego kanapę i smacznie zasypiała wtulona w podusię, podczas gdy pozostali głośno dopominali się z dołu o równe prawa dla wszystkich.

 

   
     Drugim, który szybko opanował tę sztukę był Deimos. Sprytny, żywy, z diabelskim błyskiem w oku, kumpel Delty i jej towarzysz w szalonych przedsięwzięciach, równie sprawny jak ona, drugi z żółtych wychodzący górą z kojca.

   

Demonia – czarne półdiablę weneckie o najsłodszym spojrzeniu na świecie, moja ulubienica (od początku czułam, że to ona musi pozostać w domu); „rycząca czterdziestka”; najlepsza przyjaciółka Dionizosa starająca się godnie naśladować zachowania Wielkiego Brata. A tak w ogóle…, to w cieniu Wielkiego zawsze bezpieczniej, niech no tylko spróbują mnie szczypnąć….! Opisałam ją w pierwszej opowieści.

 

   

Dionizos-Dante - żółty, potężny pies, o mocnych, a jednocześnie miękkich i delikatnych łapach niedźwiedzia, największy i najsłodszy z miotu. Przyjaciel Demisi i mój ulubieniec. Od pierwszych chwil wykazał się spokojem i rozwagą. Nigdy nie pchał się do miski, tylko szedł z godnością zdając sobie sprawę, że dla niego nie zabraknie i że każdy ma swoją porcję. Razem z Demi, ułożeni wygodnie w kącie kojca, obserwowali z uwagą i dezaprobatą brykające rodzeństwo. Jeśli zabawa stawała się zbyt niebezpieczna, Dionizos wstaaaawał powoli, wkraaaaaczał do akcji z drepczącą u jego boku Demisią:szybko i sprawnie robił porządek nie stosując przemocy. Nigdy nie podnosił głosu, nigdy nie używał siły. Były to, z jego strony, propozycje nie do odrzucenia. Siła jego argumentów przekonywała nawet niezależną Discordię. Jakie to były argumenty? Pozostanie to na zawsze tajemnicą Dionizosa.

 

 

Dionizos i Demonia odziedziczyli najwięcej cech charakteru po ich wspaniałej mamie, Tamii, dla mnie - najmądrzejszym bokserze na świecie. Mają jej piękne oczy, o mądrym wyrazistym spojrzeniu przepełnionym ciepłem i miłością.

Oboje z Demisią uwielbiali zasypiać na moich kolanach. Czuli się wtedy bezpiecznie. Do pewnego czasu mieścili się oboje jednocześnie, ale dzieci rosną i pewnego dnia moje kolana okazały się za wąskie na dwa bokserki. Mieli tak nieszczęśliwe miny i tyle żalu w oczkach, że szybko opracowałam technikę siadania na podłodze lub na kanapie tak, aby zarówno Dionizos, jak i Demi byli zadowoleni. Pozycja „na kolanka” to do dziś dnia ich ulubiona, choć Demi mieści się z coraz większym trudem na moich kolanach, a Dante…. no nie wiem…, trzeba zapytać Łukasza.

                                                               
 

Dionizos zawsze podchodził do wszystkiego z rezerwą: do obcych ludzi, do nowych zabawek, miejsc. Obwąchiwał je dokładnie sprawdzając, czy wszystko w porządku, dopiero nabierał pewności i już wszystko toczyło się normalnie.

Tylko w jednym wypadku zachował się inaczej wobec zupełnie obcej osoby…., ale o tym przeczytajcie w następnej opowieści.

 

 

Poznajcie historię Łukasza, oto

OPOWIEŚĆ V, część 1 -
                O niesamowitej przyjaźni potężnego boksera i chłopca na wózku inwalidzkim.


Cześć! Jestem Łukasz.

      Rok 2004 nie był dla mnie łatwy. We wrześniu czekała mnie operacja prostowania kręgosłupa. Od dzieciństwa poruszam się na wózku inwalidzkim i od ciągłego siedzenia miałem dużą skoliozę. Moja Mama zawsze marzyła o psie, ale nie podobały jej się boksery. Tata jest miłośnikiem kotów i o psie nie chciał słyszeć. Wykorzystałem operację, żeby ich przekonać do kupienia Dantusia i to właśnie o nim jest moja historia.

 

 

 

Jeszcze będąc w szpitalu i nie wiedząc, skąd i jakiego dostaniemy psa, wymyślaliśmy z Mamą imiona. Chcieliśmy psa wesołego i rozrywkowego. Mama wymyśliła imię Bachus - rzymski bóg wina i zabawy. Po wyjściu ze szpitala, znaleźliśmy w Internecie hodowlę Inferno. Pani Agnieszka Kwoczak po wysłuchaniu naszych potrzeb (chcieliśmy psa łatwego w ułożeniu, poddającego się szkoleniu ze względu na moją sytuację) zaproponowała Dionizosa. Dionizos to grecki bóg zabawy i odradzającego się życia, odpowiednik rzymskiego Bachusa.

                                                                Czy był to zbieg okoliczności, czy przeznaczenie?

 

       Pokochałem psiaka po obejrzeniu pierwszych zdjęć w Internecie, ale zdecydowaliśmy się nazwać go DANTE, ponieważ Dionizos wydawał nam się zbyt długim imieniem. Poza tym nazwa hodowli – INFERNO - znaczy „piekło”, tak jak dzieło życia włoskiego poety Dantego Aligheri. Nasz pies nie ma w sobie nic diabelskiego, jest psim aniołkiem. Pierwsze chwile spędzone u pani Agnieszki były niezapomniane. Podbiegło sześć malutkich, przecudnych piesków, ale ten z białą lewą łapką był najpiękniejszy. Był mój!

 

 

Dante jest psem-artystą: uwielbia muzykę, lubi „śpiewać”.

Jest sportowcem: ma niesamowity wyskok i niespożytą energię, wspaniale biega i jeszcze wspanialej szarpie zabawką.

Jest przyjacielem: podaje mi różne przedmioty, pakuje mi się do łóżka, skacze na mnie i kładzie mi łapy na ramionach, daje buziaki, codziennie chodzi przy wózku na smyczy na długie spacery.

Jest bardzo uczuciowy: kiedy czuje, że ktoś ma zły humor, przynosi świńskie ucho i kładzie na kolanach, patrzy w oczy i mruczy, jakby chciał pocieszyć.

 

Jest bardzo mądry: nie był szkolony, a wystarczy jedno słowo, żeby skorygował swoje zachowanie.
 


 
          

           Często myślę o nim jak o kumplu, a nie jak o psie! Nasz „wampirek” czasami wzbudza zainteresowanie swoim wybitnym przodozgryzem. Moja ciocia lubi żartować mówiąc, że trzeba Dantusiowi dać coś „na ząb”. Nawet to w nim kochamy!

 

   

Tata i Mama z początku niechętni, szybko przekonali się do mojego boksera. Dziś nikt z nas nie wyobraża sobie życia bez Dantusia. Jest członkiem naszej rodziny i godnym polecenia kompanem dla osoby na wózku.

               Pani Agnieszko - dziękuję!

                                                  

Autorem tej opowieści oraz zdjęć jest Łukasz, ja pełniłam rolę webmastera.

 

OPOWIEŚĆ V, część 2 - MAGIA

             Pani Basia, mama Łukasza, zadzwoniła pewnego dnia wieczorem, niedługo po urodzeniu się szczeniąt, w sprawie pieska. Nic dziwnego, jak się ma szczeniaki, takich telefonów jest wiele. To połączenie było jednak wyjątkowe: pani Basia dzwoniła z Londynu. Opowiedziała mi o swoim synku, który właśnie przeszedł ciężką operację kręgosłupa, o chłopcu, który porusza się na wózku i wraca do zdrowia, aby spełnić swoje marzenie. Łukasz marzył o psie-przyjacielu, który nie odstępowałby go nawet na chwilkę. Miał to być pies rasy bokser. Długo rozmawiałyśmy. Choć słyszałyśmy się po raz pierwszy, obie czułyśmy tę dziwną moc sympatii i zaufania, która łączy przyjaciół nawet na odległość Londyn – Nowy Dwór Mazowiecki. Już w czasie rozmowy nabrałam pewności, że tylko Dionizos sprosta temu trudnemu i odpowiedzialnemu zadaniu. Życie pokazało, że nie pomyliłam się.
Pani Basia poprosiła o wskazanie zdjęcia w Internecie: mój wybór odpowiadał wybranemu ze zdjęcia szczeniakowi!
                                                                Czy był to zbieg okoliczności czy przeznaczenie?

 

             Łukasz nie wiedział nic o telefonie mamy. Po odzyskaniu sił, zadzwonił do mnie jeszcze ze szpitala w Londynie: okazało się, że bokseroterapia działa na odległość tysięcy kilometrów i stan chłopca poprawia się z dnia na dzień. Łukasz to wspaniały, dzielny chłopiec. Wtedy dowiedziałam się o historii z Bachusem i zmianie imienia na DANTE. Tak zaczęła się nasza przyjaźń mailowa: prawie codziennie zdawałam raport Łukaszowi, jak rozwija się jego pies, a jego skrzynka puchła od zdjęć małego Dantego. Rekonwalescencja miała potrwać kilkanaście tygodni. Łukasz i Dante mieli jeszcze poczekać na swoje spotkanie kilkanaście długich dni.

 

             Wreszcie nadszedł dzień, w którym Dante miał poznać Łukasza i razem z nim pojechać do nowego domu. Przyjechali wieczorem. Pomogliśmy wnieść wózek Łukasza do naszego mieszkania. Po wejściu chłopca do psiego królestwa, sześć szczeniąt powitało go entuzjastycznie, skacząc, skręcając się i merdając krótkimi ogonkami, tylko Dante podszedł do wózka swoim zwykłym, majestatycznym krokiem, zbadał zapachy, przyjrzał się uważnie i … położył głowę na kolanach Łukasza, a potem powoli, ostrożnie, jakby nie chciał mu sprawić bólu, wdrapał się na te kolana, delikatnie ułożył się, przytulił i zasnął. Zrobiło się cicho, nawet pozostałe bokserzątka zatrzymały się na sekundę jakby w stopklatce. Trwało to mgnienie, ale ta scena utkwiła mi w pamięci jak zdjęcie, którego nie miałam śmiałości zrobić. Błysk flesza rozproszyłby magię.
Czułam, że Łukasz i Dante byli sobie przeznaczeni.

 

 

OPOWIEŚĆ VI- ŁAZI, ŁAZI BREST PO MAMIE...

Brest, synek Uranii, ma już 3 tygodnie i zaczyna swoje pierwsze wędrówki. Jednak ciągle najbezpieczniej jest przy mamie...
 


 


 


 


 

            

 

OPOWIEŚĆ VII - NA WYDMACH

         Nasze psy uwielbiają gonitwy. Bokser wybiegany to bokser szczęśliwy. Dlatego znaleźliśmy specjalne, wymarzone wprost miejsce do psich harców - wydmy.
 

   


Niezbędnym atrybutem każdej gonitwy jest patyk odpowiednich wymiarów, którego nie należy pod żadnym pozorem oddać. Służy on do zachęcania współtowarzyszek do gonitwy.
 

   
   

       Na tę wycieczkę wybrał się z nami nasz syn - Marcin. Dziewczynki były wniebowzięte: nowy kompan do zabawy, no i do pilnowania.... Nie odstępowały go ani na krok.

    
W dole znalazła Marcina Tamisia i była z tego powodu bardzo dumna!
 

   
Od tej pory Urania, Tamii i Demi starały się być blisko niego, a nawet szły za nim krok w krok dostosowując własne tempo do tempa poruszania się naszego syna. Zwłaszcza Urania uważała za swój obowiązek pilnowanie "dziecka".
 

   
   


Pewien uzasadniony niepokój poczuły kiedy Marcin chciał wejść na sosnę.
 

    
Wreszcie, zmęczone wysiłkiem fizycznym i brzemieniem odpowiedzialności, położyły się spokojnie na piasku (ale wciąż blisko Marcina!)  w oczekiwaniu na hasło do powrotu.
 

 

wiosna 2006 r.

 

OPOWIEŚĆ VIII - BOKSERY NA WAKACJACH

      Całkiem niedaleko, wśród sosnowych lasów Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego, nad malowniczo wijącą się rzeką, leży strefa ciszy, najpiękniejsze miejsce na ziemi, ulubiony zakątek mój i moich dziewczynek.
   

   

      Spędzamy tu zawsze część wakacji. Teren  wymaga ciągłego dozoru, toteż Tamii, Urania i Demonia są w stałej gotowości bojowej w jednym ze swych czterech punktów obserwacyjnych.
 

Na górce, pod modrzewiem, skąd widać zarówno drogę, bramę jak i furtkę prowadzącą do sąsiadów.

W połowie drogi między domem a bramą wjazdową: zawsze bliżej gdyby ktoś zaryzykował wejście na teren.
Urania, przewodnik stada, czasami bywa zmęczona tym bezustannym pilnowaniem i chętnie powierza tę funkcję innym.

Na tarasie, zarówno w dzień

jak i w nocy!

 

   

Ostatnie stanowisko jest ściśle tajne. Pssst! ktoś nadchodzi...

   

   

Tylko czasami chce się odpocząć...

napić się wody...

ale obowiązki wzywają! Czas na obchód.

Właśnie przez ogród przebiegł kot sąsiadów - pogonić kota! A może w trawie znów zaczaił się zaskroniec?!
A Pani tego nie lubi, oj, nie lubi! Przepłoszyć!

   
     Ulubionym zajęciem Demisi stało się ogrodnictwo - to po mamie! Tamisia specjalizowała się w krzewach owocowych: porzeczki, agrest. Córeczka wybrała sadownictwo: kilka razy dziennie doglądała śliwy i jabłonki starannie selekcjonując rosnące na nich owoce i eliminując te, które później mogłyby ewentualnie spaść. Metoda eliminacji polegająca na konsumpcji owocu razem z ogonkiem zostanie dokładnie omówiona w następnej opowieści (już dziewiątej!). Co za węch!
 

   
     Domeną Uranii stało się zbieractwo, czyli jak kto woli, porządkowanie terenu z wszelkiego rodzaju patyków i gałązek. Pracowała nawet nocą! Czasami tylko kierunek był nieprawidłowy: z drewutni na ogród!
   

   
     Inwencja twórcza bokserów jest ogromna! Ich pomoc zaś w rozmaitych zajęciach - nieoceniona!

     Zdjęcia w tej opowieści są mojego autorstwa. Niestety, nie wszystkie ich pomysły i akcje udało mi się sfotografować.
A szkoda!

   

 

OPOWIEŚĆ IX - METODA ELIMINACJI...

     Metoda selekcji i eliminacji jabłek lub śliwek o określonej skłonności do spadania czyli tak zwanych potencjalnych spadów według najlepszej specjalistki (wśród bokserów) do spraw sadownictwa, DEMONII Inferno:
 


 


 

1. Po stwierdzeniu za pomocą narządu węchu prawdopodobieństwa spadnięcia danego owocu, należy go zerwać i przenieść w bezpieczne miejsce.

2. Następnie poddać wnikliwej analizie.

3. Analiza węchowo-smakowa dotyczy wszystkich części owocu, nawet ogonka.

4. Za wszelką cenę nie należy dopuścić do ingerencji innego badacza. Opracowana metoda jest ściśle tajna!


                                                                        

 

5. Ostatnim etapem eliminacji potencjalnego spadu, jest konsumpcja całości wraz z ogonkiem
i ogryzkiem.

sierpień 2006 r.

 

 

OPOWIEŚĆ X - CYTRYNA JEST SMACZNA !!!

            Oto bohaterka kolejnej opowieści:

   
     Pewnego dnia, moje dziewczynki zainteresowały się dziwnym owocem, do złudzenia przypominającym ich ukochaną piłeczkę. A może ich uwagę przyciągnął kolor, przecież psy najlepiej widzą żółty i niebieski? A może nieznany im jeszcze, a interesujący zapach?
   
    Pierwsza podjęła się próby degustacji Tamisia...

   

   
     W jej ślady poszła córeczka, Demisia, choć początkowo nie wiedziała czym to się je... Z pewną taką nieśmiałością...
 

   
   Smaczne... nawet bardzo!  

   

 

   

     I już za chwilę, mamusia z córeczką wspólnie zajadały się ... kwaśną, ale bogatą w witaminę C cytryną. Bokser wie co zdrowe!

   

 

   
   Najwięcej oporów miała Urania. Ale i ona, po długim namyśle, postanowiła skosztować tego dziwnego owocu. Wyłącznie dla zdrowia!

   


                       
Autorem zdjęć  tej opowieści jest mój młodszy syn, Marcin.
                                                                            
 sierpień 2006 r.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

OPOWIEŚĆ XI - ZIMOWE KRAJOBRAZY 2007 ... Z BOKSERAMI W TLE.

  Twierdza Modlin, położona w widłach Wisły i Narwi, zimą jest naprawdę piękna. Otulona śniegiem, staje się bajkową krainą, cichą i spokojną. Popatrz!

   
 

 
Spokój ten przerywają od czasu do czasu dwie nieznośne dziewczynki - siostrzyczki Inferno:

DELTA
DEMONIA
 

 
Obie uwielbiają zabawę na śniegu. Bawią się w chowanego, w "kto wyżej wejdzie",
 


 w  śnieżnego berka,
 

   


  czy w "oddaj patyk".
 

   
   
   
   

  Wreszcie jedna z nich wygrywa i ucieka ze zdobytym patykiem.
 

   

 Pora kończyć tę zabawę... i tę opowieść. Szczęśliwe, wybiegane siostry zabieramy do domu.

   
 

luty 2007 r.

 

OPOWIEŚĆ XII - ZABAWA Z MAMĄ.

    Tego zimowego dnia wybrałyśmy się na spacer bez Uranii, która została w domu, bardzo smutna, z powodu skaleczonej łapy.
    Po wyjściu z samochodu, Tamii i Demi rozejrzały się niepewnie dookoła: wyraźnie coś było nie tak. Teren ten sam, dobrze znany, ale jednak... Zrobiły parę kroków w różnych kierunkach niepewnie kręcąc głowami. Szukały Uranii.

  Dopiero po paru chwilach niepewności, ruszyły  swoim tempem rozglądając się za czymś, co można by wziąć w pysk.

   

 

 

 

  Demi szybko znalazła patyk, a Tamisia kawałek plastikowej rurki. Zaczęła się gonitwa.

   

 
  Demonia jest szybsza, zwinniejsza od matki. Tami ma 6 lat, ale jest ciągle we wspaniałej formie. Uwielbia długie spacery, gonitwy z córką i z Uranią.

    Bardzo często to właśnie ona daje sygnał do biegu, wskazuje kierunek.

  Dziewczynki rozpoczynają drugą ulubiona zabawę - "bokserskie potyczki ".

   

   

   
  Nie liczy się, kto zwycięży.  Wracają do mnie zmęczone, ale bardzo szczęśliwe!
 

   
  Po powrocie do domu zasypiają spokojnie w swoich ulubionych kącikach kanap.
   

 

.

 

luty 2007 r

 

OPOWIEŚĆ XIII BOKSER I JEGO CIEŃ.

  Każdy ma swój cień. Mądrzy ludzie powiadają, że cień jest obrazem duszy. Człowiek pozbawiony cienia nie jest istotą ludzką. Zwierzęta też mają swój cień, odbicie duszy. Przyjrzyjcie się cieniom swoich czworonożnych przyjaciół w różnych porach dnia...!

Moje boksery też mają swoje cienie.
Oto cienie Demonii: rozbrykane, żywiołowe, tryskające energią, szalone!

   

   

   

 

   

Cienie Tamii są zupełnie inne... statyczne, spokojne, majestatyczne wręcz. Nic z szaleństwa, tylko siła, spokój i rozsądek!

   

   

   

 

OPOWIEŚĆ XIV - NIETYPOWE PORTRETY.

  Bardzo lubię fotografować moje boksery. Myślę, że i one to lubią, bo potrafią okazać radość na widok aparatu fotograficznego. Kojarzą to ze spacerem, smakołykami, dobrym humorem ich ukochanej pani.

  Oto kilka nietypowych portretów moich dziewczynek:

Piaskowa babka (1) Chwila zadumy
   

Stanie na rękach

Wierzgający źrebak

   

Kłus z patykiem w zębach

Czujność przede wszystkim

   

Tfu, tfu, tfu...

   

Tamisiowy walczyk

raz, dwa, trzy ...

   

W podskokach

Na cztery łapy

   

Lecę, bo chcę...

Z patykiem


Chwila odpoczynku

Piaskowa babka (2)

 

luty/kwiecień 2007 r.

 

OPOWIEŚĆ XV - ODPOCZYNEK.

       Nasze wyprawy na ruchome wydmy rozpoczynają się zawsze szaleńczą gonitwą, wzajemnym podgryzaniem się, pościgiem za Uranią, która ma patyk. Po wzmożonej aktywności przychodzą momenty (bardzo krótkie) spokoju i odpoczynku, które udało nam się uchwycić aparatem fotograficznym.
   
   
   
   
   
   
   
   

 

OPOWIEŚĆ XVI - MÓJ DÓŁ NALEŻY DO MNIE. (§ Psiego kodeksu)

     Od czasu do czasu, nasze stado powiększa się o jednego psa - nasza przyjaciółka z sąsiedniej klatki, roczna sznaucerka olbrzymka Dela, często bierze udział w zabawach na wydmach. Przyjeżdża ze swoim panem Tomkiem i panienką Olą. Bardzo lubimy oboje, a dziewczynki przepadają za Olą, zwłaszcza Tamii!

   
   

Delka szybko nauczyła się, że najważniejsza w stadzie jest Urania i to jej należą się wyrazy szacunku.

   
   

     Tamii za to wie, że dziecko jest najważniejsze. Demonia nie opuści żadnej okazji do zaczepki.
Podczas tego spotkania, Dela postanowiła pokazać, jak szybko dokopać się do mokrego piachu nie męcząc się przy tym zbytnio.

   
   

     Rozpoczął się pokaz. Delka kopała zawzięcie, a Urania i Demi rozglądały się czujnie na wszystkie strony - może znów pojawi się zając albo nawet sarna...?

   
   

Demi pierwsza chciała pokazać co potrafi i dziarsko wzięła się do pracy. Delka kontrolowała sytuację oddalona o kilka psich kroków: dół to dół, miejsce prywatne tego psa, który go wykopał
- tak mówi § Psiego kodeksu.

   
   

Urania od zawsze wiedziała jak się kopie doły. Od szczeniaka zakopywała w ogrodzie wędzone uszy, piłki i inne zabawki, po to, żeby nie trafiły w niepowołane zęby.

   
   
Kopała coraz głębiej i głębiej. Jej dół był już głębszy niż ten wykopany przez Delę.
   

    

Wreszcie ogromny dół został wykopany, a Urania, szczęśliwa, mogła złapać oddech.
 
   
Zajrzała nawet do dołu Deli.
Choć jest suką Alfa, nie weszła na jej prywatny teren, kontrolowała tylko sytuację.
Ona także zna Psi kodeks.
   
 

kwiecień 2007

zapraszam do OPOWIEŚCI INFERNO 2 

 

Wstecz W górę Dalej